Gaiziņkalns

Masz Babo Najwyższy Szczyt Łotwy

Góra Gaiziņkalns, bo o niej tu dzisiaj rozprawiać będziemy, stanowi większe wyzwanie od szczytów jej państw siostrzanych (Wysoka Góra na Litwie oraz Suur Munamägi na Łotwie). 311,5 m n.p.m. Zanim zaczniesz się śmiać, że nazywam to wzniesienie wyzwaniem – zapoznaj się z całością wpisu, Kochanie. 


Położenie

Usytuowana w +/- środkowej części kraju, na wschód od Rygi, na pojezierzu Liwońskim.


Dojazd

Wklepanie w nawigację nazwy góry powinno w zupełności wystarczyć do znalezienia się na właściwej ścieżce. Przynajmniej do pewnego momentu. Generalnie będziesz kierować się na miejscowości: Ērgļi, Viestiena i Bērzaune. Wszystkie one leżą w gminie Madona, więc jeśli przeleci Ci przed oczami drogowskaz z tą nazwą (zasadniczo: nie mam pojęcia, z której strony będziesz na Gaiziņkalns uderzać) – wszystko dzieje się prawidłowo.

I teraz uwaga

Czytałam, że dojazd na najwyższy szczyt Łotwy do łatwych nie należy. Czytałam również, że przy końcówce drogi lepiej nawigacji nie słuchać, bo wbicie na trasę, którą GPS sugeruje (kierunek na Piekūni), może człowieka sprowadzić na niezłe manowce. Pisał o tym Dawid Penkalla i wszystko byłoby pięknie, gdyby używał tej samej nawigacji, co ja. Moja nie sugerowała żadnego Piekūni, lecz nakazywała skręcić w Pelādes. Owszem, fakt, że coś zgrzyta między dogodną trasą, opisaną przez Dawida (należy cofnąć się do wioski Viestiena i tam skręcić w prawo na Gaiziņkalns), a tą, którą miałam właśnie obierać – nieco mnie zaniepokoił, ale nie bardzo wyobrażałam sobie dotarcie do celu bez wsparcia w postaci nawijającej z GPS-a baby. Z moją orientacją w terenie nie najlepiej, że tak po raz kolejny przypomnę. No to ruszam. W końcu to nie Piekūni, więc jestem bezpieczna.


Droga na Gaiziņkalns.
Droga na Pelādes. Tu zaczyna się złoooo…
Droga na Gaiziņkalns.
Bo wcześniej to tylko zamglone niebo
Najwyższy szczyt Łotwy - dojazd.
…do którego, z minuty na minutę, dochodzą inne okoliczności przyrody
Najwyższy szczyt Łotwy - dojazd.
Droga, jak widać, całkiem oficjalna. Na Gaiziņkalns zaczynają prowadzić mnie znaki.

Warunki pogodowe są tego dnia wyjątkowo niefajne. Z nieba leje się ni to śnieg, ni to deszcz. Do tego konkretna mgła i śliskość (zapraszam na krótką jazdę próbną).

Na trasie, prowadzącej do Pelādes, jadę już więc z prędkością 20-30 km/h. Gdy sprawdzam dziś ten odcinek na Google, dowiaduję się, że jechałam wówczas – cytuję: „przez drogi bez nazwy”. Cóż, to wyjaśnia wszystko. Szkoda tylko, że tak trochę po czasie.

No, ale nie. To nie będzie (jeszcze) ten moment, w którym wybuchnie samochód albo dzik zastąpi mi drogę. Do celu docieram szczęśliwie.


Where are you Gaizi?

W zasięgu wzroku nie ma żadnych tabliczek, informujących, którędy na szczyt. Początkowo idę w kierunku schroniska. Jest tam wyraźna ścieżka i w ogóle wszystko wygląda całkiem logicznie. Tuż za budynkiem zaczyna się dość stroma górka. Im jestem wyżej, tym bardziej dociera do mnie, że wbiłam się na wyciąg narciarski, co średnio pasuje do oficjalnego szlaku na szczyt. Schodzimy z powrotem i… no kurde, NIE WIEM!

Pukam do drzwi schroniska. Nikt nie otwiera, choć dymiące kominy wskazują na to, że w środku są ludzie. Dostrzegam wyjeżdżający z parkingu samochód. Podbiegam i pytam o Gaiziņkalns. W aucie z siedem osób uzgadnia między sobą, kto gada w języku angielskim. Nie bardzo rozumiem, do czego im ten angielski potrzebny – wszak podaję tylko nazwę najwyższego szczytu ich kraju, ale widocznie przyjeżdżają tu tylko pozjeżdżać na sankach, bo zachowują się, jakbym była przybyszem z kosmosu. Cóż, wszystko wskazuje na to, że zdana jestem wyłącznie na siebie. Daga mądry pies, ale wcześniej na Łotwie nie była, więc komenda: Gaiziņkalns! brzmi jej bardziej jak Super, będziemy tarzać się w śniegu! niż zadanie do wykonania.


Gaiziņkalns. Łotwa.


Ostatecznie idziemy tak, jak strzałka wskazuje, potem w lewo i oczom naszym ukazuje się odpowiednia tablica.


Gaiziņkalns.

Gaiziņkalns. Łotwa.
Po drodze mijamy maszt BTS

Dalej sprawy toczą się takim torem.


312 m n.p.m.

Ze szczytu nie malują się żadne szczególne pejzaże. Poza widokiem na wyciąg narciarski, co – jak to w życiu bywa – uświadamia mi, że zrezygnowałam przedwcześnie.

Innymi słowy mogę powiedzieć Ci jedno -> niezależnie od tego, czy obierzesz ścieżkę oficjalną, czy może niekoniecznie – trafisz w miejsce oczekiwane.  Czerwona wieża to sygnał, że udało Ci się dotrzeć do celu.


Najwyższy szczyt Łotwy.

Najwyższy szczyt Łotwy.

Korona Europy. Najwyższy szczyt Łotwy.

Korona Europy. Najwyższy szczyt Łotwy.
Na szczycie znajduje się kamień, upamiętniający zdarzenie sprzed ośmiu dekad – zdobycie trzysetnika przez ówczesnego prezydenta kraju. 

Refleksja

Gdybym miała określić, który ze szczytów państw bałtyckich, był dla mnie źródłem największej radochy, bez wahania wskazałabym na najwyższy szczyt Łotwy.

Bo kiepska pogoda.
Bo górka najbardziej stroma.
I bo się nachodziłam choć trochę, poszukując właściwej drogi na szczyt.


I wydawałoby się, że to już wszystko. A jednak nie. Czytaj dalej, Kochanie.


Epilog

W aucie odpalam internety. Znajduję niegłupi (13,5€) nocleg pod granicą z Estonią. Mamy do niego 120 km. Spoko. Jak docisnę gazu na normalnej drodze to będziemy przed dobranocką.

Tyle, że normalna droga jakoś się nie chce pojawić.

Jaaaaadeeeee (rozflaczałym tonem czytamy). Trasa prawie tak urozmaicona, jak ta na Kubie, zatem doświadczenia w tego rodzaju road tripach mi nie można odmówić, ale zwyczajnie mi nudno, więc wykręcam numer do kumpla:

– Nie zamierzasz chyba jechać taką drogą przez bite 5 godzin??
– A co wg ciebie mam zrobić? Nawigacja mnie tak prowadzi.
– Zjeżdżaj na jakąś porządniej wyglądającą nawierzchnię, GPS znajdzie alternatywę.
– Przed chwilą taką mijałam.
– To zawracaj.
– No ale ej, ja tej nawigacji ufam!
– Zawracaj!

No to zawracam do drogi, która wydawała się być bardziej rozsądna i turlam się dalej przed siebie. Zamiennik szybko pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Identyczne bagno, z jakim miałam do czynienia przed chwilą. Dalej droga robi się jeszcze gorsza, i jeszcze, i jeszcze… GPS wciąż nie wie, gdzie jestem, więc wygląda na to, że się jakby zgubiłam. Postanawiam ponownie zawrócić. W lewo, wsteczny i…

BACH!

Śnieżna zaspa jest moja. Dociskam gazu. Nie dzieje się nic – poza fontanną śniegu, pryskającą mi z rozmachem nad maską, i poza antypoślizgową kontrolką, krzyczącą, że jest niewesoło.
Przy wysiadaniu z auta o mały włos nie zaliczam gleby, bo okazuje się, że manewr zawracania próbowałam wykonać na lodowisku. Zupełnie, jakbym się na tym znała, oceniam swoje położenie. Lewe koło – czyste. Prawe – zafajdolone śniegiem. No kurde, nie jest źle. Wystarczy samochód pchnąć i po bólu.

Fuck, nie wystarczy.

– Wpierdzieliłeś mnie w tą kabałę to teraz mnie z niej ratuj, psia mać! – krzyczę przez telefon do człowieka, który znajduje się 1200 km ode mnie.

Kumpel doradza kopać i zbierać patyki. Nie wie, że otaczający mnie las różni się od tych, w których dotychczas bywał. Straszny tu nieurodzaj grubych badyli i w ogóle dziura pod każdą postacią. Robię mu zdjęcie, coby ocenił sytuacji patowość. Wysyłam i… zonk. Nie mam tu internetu! Wraz z tym odkryciem, umierają nadzieje na znalezienie w sieci najbliższej stacji benzynowej, Chucka Norrisa czy chociaż alternatywnego noclegu, którego gospodarzem okazałby się chłop-drwal, z pomocą do mnie podążający. No nic.


Dzieci w Afryce nie mają co jeść, raczej nie jest nam jeszcze najgorzej.


Posiłkując się najsolidniejszym z niesolidnych patyków, zabieram się za odkopywanie opony. Szybko robi mi się tak ciepło, że obiecuję sobie już nigdy nie dziwić się na widok kolesi, śmigających jesienią, w żonobijkach przy budowie autostrad. Przypominam sobie także o Dadze, która z tylnego siedzenia z zainteresowaniem rejestruje moje poczynania. Otwieram jej drzwi. A niech pies też ma coś z tych wakacji.


Noclegi na Łotwie.
Wstawka montażowa, jedź dalej

Kopię. Podkładam patyczki. Siadam za kierownicą. Odpalam silnik. I tak w kółko.

– Daga! – znów przypominam sobie, że nie jestem tu sama.

Cisza. Wołam po raz kolejny. W końcu przybiega, raz po raz rozkraczając się na śliskiej nawierzchni. Dochodzę do wniosku, że jeden problem wystarczy. Lepiej schować ją w samochodzie. Tak na wypadek, gdyby – DAJ BÓG! – coś przejeżdżało przypadkiem.
No marzę o tym. Marzę o jakimś chłopie, który – mam wrażenie – wystarczyłoby, by to auto raz pchnął i byłybyśmy w domu. Może niekoniecznie we własnym. Może nawet niekoniecznie w tym tam, zabukowanym. Wszak dom jest tak naprawdę tylko tam, gdzie to sobie ustalisz.


Coraz bardziej ustalam, że nasz dom jest w samochodzie.


– Zostaniemy tu, Daga. Paliwa mamy jeszcze niemało. Włączę silnik, powinno nam być ciepło do czasu aż coś będzie przejeżdżać. Bo przecież… w końcu ktoś będzie tędy przejeżdżać, prawda?

Daga macha ogonkiem, udowadniając po raz kolejny, że jest najwspanialszym towarzyszem podróży.

Mija trzecia godzina, gdy sama już prawie macham ogonkiem, aż tu nagle… światła! My God! Widzę zbliżające się światła!

Wybiegam na drogę. Wciąż nie mam na stopach łyżew, więc cudem unikając konkretnej wywrotki, zaczynam desperackie wymachiwanie rękami. Samochód w typie busa. Idealnie, jesteśmy uratowane!

Przejeżdża.

Auto, stojące w poprzek drogi na totalnym pustkowiu, baba rozpaczliwie przebierająca kończynami, a ten sobie po prostu przejeżdża. Uruchamiam latarkę i, wciąż nie wierząc w człowieka nieczułość, maluję światłem S.O.S. w powietrzu. Czuję się, jak rozbitek na oceanie, więc – jak na takiego nieszczęśnika przystało – załączam głośne Haaalooo, halooo, haaalooo!! 

Czy na Łotwie ślepo-głuchym przyznaje się uprawnienia do prowadzenia pojazdów?

Mam już zacząć rozkładać śpiwór w aucie, gdy dzwoni telefon. Łotewski numer! To na pewno człowiek, u którego zabukowałam nocleg. Innych znajomych się w tym kraju jeszcze nie dorobiłam.

– Halo?
– Budiet czy nie budiet? – atakuje mnie kobiecy głos bez żadnej gry wstępnej.
– Do you speak english?
– Nie.
– Polish?
– Tolko ruskij – odpowiada kobieta.

No dobra. Tyle sobie porozmawiałam. Przypominają mi się apele w podstawówce, podczas których dyrektor szkoły przekonywała, że nauka rosyjskiego to najlepsze, co mogło nam się przydarzyć. Że niepotrzebnie domagamy się angielskiego, bo to rosyjski jest przyszłością narodów! Nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie w moim życiu moment, w którym zacznę rozumieć wydźwięk tych słów. Niezależnie od tego – it’s too late to apologize. Rosyjskiego się uczyć nie chciało to teraz stoję w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc i nie umiem poprosić o wsparcie.

No, ale próbuję.

– Mam problem. Auto!
– Budiet czy nie budiet?
– Auto, problem!
– Aaaaa…, auto kaput?
– Nie, nie kaput. Śnieg. Zakopał się, śnieg!
– Benzin?
– Nie, nie benzin. Zakopana jestem. Nie mogę ruszyć.
– Aha. Budiet czy nie budiet?
– Pomoooocyyyy… potrzebuję twojej pomocy… Pomóż mi, proszeeee…
– Budiet czy nie budiet?
– Chcę być, ale pomocy!
– Budiet?
– Telefon. Potem. – odpowiadam, nie bardzo już dbając o to, czy kobiecina komunikat rozumi. Mam jakby ważniejsze sprawy na głowie.


Jaunvosi. Łotwa.
Wstawka montażowa, jedź dalej

U mnie bez zmian. Kopię. Można uznać, że koło już luźne. Auto jednak konsekwentnie odmawia współpracy. Kładę się na glebę i stwierdzam, że śniegiem zawalony jest cały błotnik. No to impas. Zostajemy tu na noc, Daga. Albo na kilka nocy. Wszak wciąż nie wiadomo, kiedy przejeżdżać będzie kolejny samochód i czy prowadzić go będzie ktoś pełnosprawny.

Przychodzi mi jeszcze do głowy zadzwonić do wypożyczalni, z której czapnęłam to auto, ale w ślad za tym pojawia się zarazem dylemat: jak im wyjaśnić moje usytuowanie?


Dzień dobry, jestem w czarnej dupie, proszę po mnie przyjechać.


No nie. To chyba jednak zły pomysł. Dzwonię zatem do kolejnego kumpla. Być może będzie mieć większe pojęcie o sprawie. Przekazuje mi do słuchawki Wiktora – postać niebywale wprawioną w odkopywaniu pojazdów rzekomo. Wiktor zaczyna od terapeutycznego: Przede wszystkim spokój…, co w takiej sytuacji bardziej wnerwia niż koi, ale to nic, bo nagle widzę kolejne zbliżające się światła! Szybko żegnam Wiktora i wcielając się w postać Robinsona Crusoe, wykonuję akrobacje na zlodowaciałym podłożu.

Dwa auta.
Hamują.

Wychodzą z nich pełnosprawni ludzie i idą w naszym kierunku.
Ja – banan od ucha do ucha. Daga – wręcz przeciwnie. Dostaje obronnych spazmów, więc tylko się cieszyć, że jednak ją w tym aucie zamknęłam. Tak średnio by było, gdyby pozagryzała wszystkich, zanim jeszcze zdążyliby nas z tego śniegu wyciągnąć.

Wybawcami okazują się być młodzi, na oko 30-40 lat, ludzie, posługujący się językiem angielskim i wracający z zabawy sylwestrowej. Nic chcąc tarasować drogi (zupełnie, jakby ktoś rzeczywiście miał w planie jeszcze kiedyś tędy przejeżdżać), parkują na poboczu, dzięki czemu jedno z ich aut również ląduje w zaspie. W zasadzie to nawet mi to przynosi radość.


Teraz to już na pewno nas nie zostawią!


Potem wszystko dzieje się błyskawicznie. Mimo, że trwa kolejne 4 godziny. Najpierw zabierają się do wypychania Toyotki ze śniegu. Nic z tego. Próbują wezwać więc jakiś traktor, ale 1 stycznia to data średnio sprzyjająca tego rodzaju manewrom.

– Wszyscy piją albo jeszcze nie zdążyli wytrzeźwieć – tłumaczy Łotyszka.
– No tak. Najgorszy dzień w roku na takie wypadki.
– Nie. Najgorszy byłby Sylwester – prostuje.


Always look on the bright side of life.


Ogólnie towarzystwo nie może się nadziwić, co robię w tym miejscu.

– You’re in the middle of nowhere!

No tiaaa, tyle to i ja zdążyłam już przez ten czas zauważyć.

Po kilku godzinach w końcu nadciąga wsparcie. Ze starego kombiaka wytacza się dwóch wiejskich chłopaków, zionących alkoholem bardziej niż moi osiedlowi gogusie spod sklepu. Nie szkodzi, sympatyczni są. No i mają sznur! Kocham tych chłopców, kocham Łotwę i wszystko to, co się dobrze kończy!


Po udanej akcji ratowniczej nowi znajomi tłumaczą, którędy mogę wyjechać na normalną drogę. Uprzedzają, że jeszcze przez 20-30 km będę się tłuc bezdrożami, ale przy założeniu, że nie zacznę znowu zawracać – jest szansa na szczęśliwe zakończenie podróży.


Robinsonada kończy się chwilę przed północą, w miejscowości Jaunvosi, gdzie czeka na mnie budietczyniebudiet, z empatią wysłuchująca przeprosin za to, że tak długo czekała. Pokazuje mi dom, w którym będziemy mieszkać. Sypialnia, pokój telewizyjny, drugi pokój, łazienka, duża kuchnia i drewienka, których mam sobie dorzucać do pieca. Bo ona już sobie idzie, mieszka 5 km stąd. Zważywszy na przygody, z którymi przyszło mi się mierzyć przed chwilą – mam wątpliwości, czy należy się z tego cieszyć czy może tak naprawdę spodziewać nowego horroru, ale budietczyniebudiet wskazuje na Dagę, która – w razie Niemca – obroni, i oddala się w bliżej nieznanym kierunku.

A potem jest już tylko piękniej. Wsłuchując się w rytmiczne tykanie zegara, dorzucamy kolejnych drewienek do pieca i przeglądamy zdjęcia z łotewskiego szczytu, zgodnie nadając mu tytuł najtrudniejszego wyzwania, z jakim dane nam się było podczas tej podróży zmierzyć.


Jaunvosi. Łotwa.
Teraz już wiesz po co były montażowe wstawki. Rekompensata za nasze trudy i znoje <3

Jaunvosi. Łotwa.

Jaunvosi. Łotwa.

Jaunvosi. Łotwa.

Jaunvosi. Łotwa.

Pies na urlopie. Łotwa.


Chcesz śledzić babskie zdobywanie kolejnych szczytów Europy? Dołącz TU – bądź na bieżąco w temacie! 

6 thoughts on “Masz Babo Najwyższy Szczyt Łotwy

    1. „Z drugiej strony będzie co wspominać” – o to to! Bez takich historii nuuuudaaa w podróży aż boli 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *