Tramwaj nr 28.

JAK PORTUGALIA NAUCZYŁA MNIE, ŻE NIE WARTO UFAĆ BLOGEROM

Przygotowując się do podróży zapewne odpalasz internet. Szukasz wskazówek, gwarantujących udany pobyt na danym terenie. Pod każdym względem. Blogerzy prześcigają się w poradach, dotyczących tego, co warto zobaczyć, zjeść, a czego bezwzględnie unikać. Czy rzeczywiście warto za nimi ślepo podążać?


Skłamałabym pisząc, że dotychczas nigdy nie korzystałam z internetowych podpowiedzi. Korzystałam i to dość często. To w sieci znajduję najcenniejsze info, jak się po kraju poruszać, ile to kosztuje i co zrobić, żeby nie dać nabić się lokalsom w butelkę. Ale już do kwestii must see czy must do podchodziłam zawsze z większą rezerwą. W dużej mierze dlatego, że niekoniecznie bawi mnie eksplorowanie setnej świątyni czy leżenie na plaży, przepełnionej ludźmi, którzy przeczytali, że to najpiękniejsza plaża w rejonie. Zdecydowanie bardziej kręci mnie zapuszczanie się w kąty, nie opisane w internetach i odkrywanie miejsc/smaków, których nazwanie jest dla mnie potem niemałym problemem, bo zadupie takie, że nie ma pod ręką nikogo, kto by mi rzecz objaśnił w jakimś zrozumiałym języku.

W Portugalii postanowiłam działać jednak nieco inaczej. Wszak już prowadzę bloga. Wypadałoby, choć częściowo, dotknąć tego, nad czym rozpływają się wszyscy. I wiesz, co? Nie obiecuję, że odtąd będziesz tu czytać wyłącznie o nieodkrytych przez nikogo rejonach (są takie w ogóle?). Ale i nie oczekuj ode mnie, że w przyszłości będę się tych must see czy must do jakoś kurczowo trzymać. Jakkolwiek bardzo Cię, Czytelniku, cenię – no nie opyla mi się. Bo chcę mieć z wakacji frajdę.


Tramwaj nr 28

Bezwzględne MUST DO! w Lizbonie.

Tramwajów w stolicy od groma. Są stare. Żółciutkie. Śliczne. Stanowią fundamentalny element niepowtarzalnego uroku miasta. Ten, kto gościł w Lizbonie i nie przyfocił żadnego tramwaju – prawdopodobnie jest nienormalny, tak jakby tyle w temacie.
Ale jest jeden tramwaj szczególny. Ten o numerze 28. Blogerzy rozpływają się nad koniecznością przejażdżki tą furą. Bo jakiż to fun płynąć wąskimi uliczkami przez najważniejsze dzielnice stolicy: Alfamę, Chiado, Baixę i Bairro Alto!


Lizbona. Tramwaj nr 28.


Nigdy przedtem nie korzystałam z atrakcji typu: sightseeing bus tour, bo wydawało mi się to po prostu… żenadą. Nie to, że w ogóle. Jeżeli ktoś nie ma sił na eksplorowanie terenu z buta – bardzo proszę, nie neguję. Jeżeli potrzebuje przewodnikowo-megafonowej narracji tego, przez co własnie przejeżdża – j.w. Jednakże dla mnie jako istoty, dla której średnie znaczenie ma fakt, w którym roku wybudowano daną kaplicę a zarazem istoty, której bardzo bliskie jest Kazimierza Wierzyńskiego stwierdzenie:

Tylko świat przechodzony nogami jest coś wart

– autobus turystyczny nie jest najzajebistszą formą zwiedzania świata.

Słowa Wierzyńskiego mają prze-prawidłowe zastosowanie w przypadku Lizbony.

Bo tramwaj nr 28 to sobie po prostu… jedzie. Uliczkami, które nie stanowią wcale najpiękniejszych zaułków Lizbony. Jedzie, szarpie, hamuje, ale ni cholery nie nazwałabym tego jakąś atrakcją. Co innego, gdyby osiągał w tych wąskich uliczkach jakąś zawrotną prędkość. To wtedy tak, przynajmniej byłyby jakieś emocje. No, ale nie. Tramwaj jedzie spokojnie, dusząc się co czas jakiś na stołecznych wzniesieniach, nie prezentując po drodze niczego, co by zaparło dech w piersiach. Czas przejażdżki zajmuje, zdaje się, jakieś 50 minut. Ja wytrzymałam (chwała mi za to!) ok. minut 30-stu. Wysiadłam na jednym przystanków i naprawdę nie sądzę, że ominęło mnie przez to coś spektakularnego. O wiele bardziej fascynująco działo się, gdy poczłapałam nogami w uliczki, do których linia tramwajowa nie sięga.

I teraz kilka cytatów z podróżniczych blogów:

Przejażdżka tramwajem nr 28 to niezapomniane przeżycie.

Przejazd tramwajem dostarcza wielu emocji.

To jedna z atrakcji, którą mogę polecić z czystym sumieniem każdemu turyście.

S e r i o ?


Lizbona. Tramwaj nr 28.
Tramwaj muralowy przyczyną większej radochy niż autentyczny.

Alfama

Powiedzieć, że Alfama jest ikoną stolicy to mało. Określana jest wręcz ikoną całej Portugalii.
Sieć krętych, wąskich uliczek i kamienice, zdobione rozwieszonym praniem. Na Alfamie Lizbona kończy się i zaczyna. Powie Ci to każdy bloger.

Jako, że wielbię klimaty, które śmierdzą patyną, bardzo chciałam się w Alfamie zatrzymać. Tak noclegowo, kumasz. Niestety, ceny lizbońskich noclegów budżetowymi nazwać nie można. W Alfamie odczuwalne jest to szczególnie mocno. Długo szukałam jakiegoś hiper rzutu cenowego, ale stanęło na tym, żem sobie rzekła: Trudno, Baba, nie można mieć wszystkiego i zabukowałam melinę w Bairro Alto – mocno imprezowej dzielnicy, odradzanej ze względu na trudności ze spokojnym zaśnięciem. Zgadza się, imprezy trwają tam po blady świt, ale korki do uszu załatwiają temat. Tymczasem za dnia Bairro Alto okazało się być cholernie urokliwą dzielnicą. W niczym nie ustępującą urokowi Alfamy.
Powiem więcej, w Bairro zderzyłam się z większą ilością świetnych zakątków, knajp, i przefajnych graffiti.


Alfama. Lizbona.
Kamienica ‚alfamska’.
Bairro Alto. Lizbona.
I ‚bairrowska’.

Porto lepsze niż Lizbona

Byłeś w Lizbonie? Podobało się? Stary, w Porto to byś się dopiero zakochał!

Z tym tekstem zderzyłam się kilkakrotnie. Oszołomiona pięknem Lizbony, pędziłam więc do tego Porto, licząc na orgazm nad orgazmami. Bardzo byłam przy tym ciekawa, co też tam musi się takiego dziać, że bije Lizbonę na głowę.

Odpowiedź otrzymałam na miejscu: NIC.

Wcale nie dlatego, że Porto już takie jest, że wciąga człowieka bez szczególnego uzasadnienia. Że w tamtejszym powietrzu unosi się magia, o jakiej Lizbona nawet nie śniła. No nie.
Jest ‚staro’. Jest wąsko. Jest tramwajowo. I kolorowo gdzieniegdzie. Jest też portugalska Sekwana, która – jak mniemam – w dużej mierze stanowi przyczynę takich a nie innych na temat Porto opinii.


Porto. Lizbona.
Portugalską Sekwaną jest rzeka Duero.

A jednak nie.
Jest w Porto ładnie. Ale, co by nie gadać, Lizbona jest debeściarą.

Um Bica w Cafe A Brasileira

Kawiarnia A Brasileira, mieszcząca się tuż przy wyjściu ze stacji metra Baixa-Chiado, w samym sercu zabytkowej części Lizbony. Miejsce z historią (istnieje od 1905 r.), rekomendowane przez znawców i – co za tym idzie – wiecznie przepełnione. Grzechem nie być, ot co.


Cafe A Brasileira. Lizbona.


Z internetów dowiedziałam się, że w Cafe A Brasileira koniecznie należy spróbować kawy bica. No to se poszłam i zamówiłam. Kawę lubię bardzo, więc czekałam w napięciu, co też mi za kofeinowy smak bogów przyniosą. Tymczasem kelner stawia mi na stoliku taką o filiżankę:


Um Bica w Cafe A Brasileira.


Tak, tak. Kawa bica okazała się być najzwyklejszym espresso. Najzwyklejszym. Serio. Lucky me, że skasowali mnie za tę przyjemność tylko 1,5 €, bo po renomie miejsca różnych rzeczy można się było spodziewać.

Ciastka w Belém

Jest taka dzielnica w Lizbonie. Się Belém nazywa. Turyści napierają tam tłumnie, gdyż każdy blog krzyczy: Koniecznie trzeba spróbować ciasteczek w Pastéis de Belém! No to cisnę i ja. Tramwajem się tłukę, gdzieś tam się gubiąc po drodze, ale to nic. Smak ciastka faktycznie przerasta oczekiwania. Jest pyszne! Zwracam honory blogerom!
Wracając do mojej dzielni tak nawet tłukę się trochę po głowie, że nie wzięłam sobie tych ciastek więcej, na wynos. Po drodze mijam cukiernię, której witrynę zdobią identycznie wyglądające belémki. Nabywam, kosztuję i… smakują-dokładnie-tak-samo.
Wielokrotnie raczyłam się później tym sławetnym łakociem. Nabywałam go w każdym rejonie kraju. W każdej ciastkarni. I w każdym spożywczym. Zawsze smakowały tak samo. Pamiętaj o tym, stojąc w kilometrowej kolejce do rozsławionej Pastéis de Belém.



I teraz masz prawo zadać sobie pytanie: skoro nie warto ufać blogowym rekomendacjom to czemu mam wierzyć Babie?

Bo Baba chce Ci tak naprawdę powiedzieć, że podążanie za tłumem nie jest do końca dobrym pomysłem. Da Ci poczucie bezpieczeństwa, ale nie zagwarantuje świetnej zabawy. Sam wiesz najlepiej, co jest dla Ciebie dobre i interesujące.

Za czym więc masz podążać?

Za intuicją, ot co.


Chcesz wiedzieć więcej? O Portugalii i innych rejonach globu? Dołącz do mojego fejsbuczka – będziemy w kontakcie. 😉

6 thoughts on “JAK PORTUGALIA NAUCZYŁA MNIE, ŻE NIE WARTO UFAĆ BLOGEROM

  1. Tak i bywa. Czasem na kilku blogach wyczytasz te same informacje, które opierają się na tych „topowych” miejscach. Bez większego wysiłku, a wystarczy wyjść z getta turystycznego i możemy zobaczyć czasem o wiele ciekawsze i piękniejsze miejsca 🙂 Tekst z humorem!
    Ps: Ciesze się, że koniec Europy wciąż stoi. Mimo, że zalewają go Chińczyki 🙂

    1. Dokładnie tak! Potem wymiękłam na robocie i wróciłam do swojej ‚prawdziwej skóry’, błąkając się po miejscach, które były znacznie bardziej ‚odkrywcze’, przy czym… – jak w tekście – nie umiem ich dzisiaj nazwać 😀
      A co do Chińczyków – byłam szczęśliwa, że tam są! To była moja pierwsza w pełni samotna podróż, więc czułam się co najmniej głupio, strzelając sobie selficzki z kija. Dzięki Chińczykom – pozbyłam się wszelkich blokad! 😀

    1. Gorzkość trochę, ale – niestety – masz niemało racji.
      Ad. roweru – UWIELBIAM!, acz dla mnie łazikowanie jest jednak o level wyżej 😉
      Dzięki za komentarz, Szymon 🙂

    1. Fakt – coby nie gadać – pod kątem informacji ściśle praktycznych blogi podróżnicze biją przewodniki na głowę. Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *