Maluchy na Kubie

Road trip po Kubie w 10 hasztagach

Cenisz sobie niezależność? Lubisz zatrzymywać się w każdym miejscu, jakie Cię zainteresuje a nie tylko cykać foty przez oślinioną szybę lokalnego autobusu? Dotychczas wypożyczałeś auto wyłącznie w Europie, więc wizja wynajmu na innych kontynentach z lekka Cię przeraża? Jeżeli na którekolwiek z tych pytań odpowiedziałeś TAK – oznacza to, że ten tekst napisałam właśnie dla Ciebie. Bo dziś będzie o wypożyczeniu auta na Kubie.


Transport na Kubie

Generalnie po wyspie przemieszczać się możesz na kilka sposobów:

  • autobusem,

  • autostopem,

  • taksówkami,

  • rowerem,

  • samolotem,

  • pociągiem (yhy, ktoś kiedyś nim jechał podobno),

  • wypożyczonym autem.

 

Jako, że przemieszczałam się po wyspie głównie samochodem – skoncentruję się na tym środku transportu.

Zanim o tym jednak – koniecznie muszę wyjaśnić, z jakich przyczyn ja – człowiek, który optuje za niskobudżetowym podróżowaniem – zdecydowałam się na taką a nie inną opcję tułania się po kubańskiej ziemi. Żeby nie było – zdarzało mi się już wypożyczać samochód w podróży i mój portfel jakoś strasznie z tego tytułu nie płakał, ale  już wypożyczenie auta na Kubie to finansowy strzał w kolano jednak. Przynajmniej dla człowieka z tzw. klasy średniej, do której mi jakoś najbliżej.

Dlaczego więc auto?

Historia zaczęła się już na lotnisku w Warszawie, gdzie spóźniłyśmy się na samolot (o tym dramacie opowiadam tutaj). Jako, że nie bardzo pogodziłyśmy się z opcją, że nam to marzenie o Kubie tak sobie po prostu odleciało, nazajutrz pojawiłyśmy się na lotnisku, prosząc o przebukowanie biletów (taką możliwość podpowiedział nam steward, który bezdusznie nie chciał nas na ten samolot wpuścić). Wydawało mi się to średnio realne, bo niby jak można przebukować coś, co wcześniej zostało w całości skanselowane, ale okazało się, że takie cuda się jednak zdarzają. O ile wyskoczysz z kasy.

Sympatyczny pan z Aeroflotu zawołał od nas po 2650 pln od łebka. Sprawdzałyśmy dzień wcześniej, ile kosztowałby nas nowy bilet na Kubę i wszystkie wyszukiwarki zgodnie wskazywały cenę 4700 pln. Wniosek był prosty – Aeroflot najwyraźniej idzie nam na rękę. Podjęcie ostatecznej decyzji poprzedziło wykonanie kilku telefonów z prośbami o pożyczkę. Znaleźli się dobrzy ludzie, pojeździłyśmy trochę po Warszawie, ażeby kasę od nich odebrać i fru!

Cała historia spowodowała, że wiele decyzji, jakie nam przyszło potem podejmować na Kubie, przestało być podyktowane oszczędnością. No bo co się będziemy oszukiwać, że to low-costowy wypad, skoro już na samym starcie wystrzeliłyśmy się z kasy tak, jakbyśmy na co dzień zasiadały w zarządzie duńskiej korporacji?


Kuba wynajem auta


#1. Wypożyczenie auta

Przede wszystkim musisz wiedzieć jedno.

JEST DROGO.

Za auto klasy „A” Kubańczycy zażyczyli sobie jakieś 350 pln za dobę. Tak, wiem. Brzmi jak szaleństwo totalne. Jako ciekawostkę dodam tylko, że w trakcie podróży poznałyśmy dziewczyny, które po wyspie poruszały się autostopem i kosztowało je to niewiele mniej pieniędzy. Podobno istnieje prawo, nakazujące Kubańczykom zabierać autostopowiczów za darmo, ale przykład dziewczyn mówił, że jest to przepis martwy. Rzadko kiedy nie brano od nich pieniędzy a jak brano to zdecydowanie nie symboliczne kwoty. Teza, jakoby bujanie się po wyspie wypożyczonym autem było opcją tańszą jest oczywiście tezą dość relatywną, bo jeśli jeździsz tym autem sam – opcja autostop okaże się zdecydowanie bardziej korzystna. Jeżeli jednak masz współpasażerów to – patrz wyżej.

Autostop na Kubie.
W drugą stronę działa to trochę inaczej. Bez oporów brałyśmy za darmo Kubańczyków na pakę. 

Nasze autko eksploatowane było do czerwoności. Bialutka Kia Picanto dzielnie dźwigała trójkę, czasami czwórkę, pasażerów (ha, się poznaje ludzi w podróży!). Do tego plecaki, torby, woda i inne bambetle. Wypełnienie każdej szczeliny auta w sposób umożliwiający każdemu swobodne podłubanie w nosie – opanowaliśmy do perfekcji. Taka jazda maluchem do Czechosłowacji, za czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Podróż sentymentalna odbywana na komunistycznej ziemi.


Kuba wypożyczenie samochodu


 

#2. Ubezpieczenie

Pociechą poniekąd jest to, że do kosztu wynajmu doliczana jest obowiązkowa polisa, kosztująca więcej niż sam wynajem. Dla mnie to pociecha w kontekście:

a) no dobra – drogo, ale przynajmniej odpada temat zamartwiania się o każdą ryskę na aucie (i tak się zamartwiasz, ale co sobie pozytywnie wkręcisz to Twoje),

b) tak naprawdę sam wynajem nie jest taki drogi, to tylko to ubezpieczenie…


#3. Gdzie wynająć?

Przed wyjazdem naczytałyśmy się, że zdecydowanie korzystniej jest wynająć samochód na miejscu. Nie wiem, na ile możliwe jest bulić za kijankę jeszcze więcej siana, ale zostawmy ten temat. Zaufałyśmy internetom i za ogarnianie konika wzięłyśmy się dopiero w Hawanie. Zaczęło się od odwiedzin pewnego hotelu, w którym – po wykupieniu godzinnego dostępu do neta – eksplorowałyśmy sieć pod kątem okolicznych wypożyczalni. No drogo jak obiad u Gesslerowej.

Wyszłyśmy więc na ulicę i odwiedzałyśmy hotele, przy których mieściły się rent a car. Wszędzie śpiewali stawki zbliżone do tego, co widziałyśmy w tym internecie a co tak bardzo chciałyśmy odzobaczyć. Wypożyczalnia, z której usług finalnie skorzystałyśmy oferowała ceny niższe o jakieś 5 CUC na dzień.

Niepotrzebne było międzynarodowe prawo jazdy (polskie respektowane jest przez okres 6 miesięcy od daty przekroczenia granicy), niepotrzebna była również karta kredytowa. Jedyne, co musisz przy sobie mieć to normalne prawko, paszport i kasa. Dużo kasy.

Za dodatkowego kierowcę dopłacasz, Kuba nie jest w tej praktyce wyjątkiem.


#4. Benzyna

Na stacjach spotkasz się z dwoma dystrybutorami paliwa – dla lokalsów i dla turystów. Kubańczycy zwykle są czujni – gdy tylko widzą podjeżdżający turystyczny samochód – spieszą z „pomocą” napełnienia Ci baku. W istocie po prostu pilnują, żebyś przypadkiem nie nalał sobie benzyny z dystrybutora dla Kubańczyków, bo – czy muszę dodawać? – ta wacha jest tańsza. Dlatego też, gdy podjeżdżasz na stację i widzisz, że nie ma żadnego pomocnika na horyzoncie – nie czekaj. Wbijaj pod kubański dystrybutor i lej, na wszelki, do pełna.

Kuba ceny benzyny


Cena paliwa zbliżona jest do cen polskich
, więc na tym polu nie odbijesz sobie horrendalnej kwoty wynajmu.


#5. Drogi

O ile poruszasz się po autostradach – jazda po Kubie nie przysporzy Ci zbytnich trudności. OK, w zestawieniu z autostradami europejskimi, te kubańskie śmieszą, bo bliżej im do naszych dróg szybkiego ruchu kat. D niż do rasowych autobahnów, ale nie jest najgorzej. Poza tym ruch uliczny na Kubie właściwie nie istnieje. Nie mówię tu o stolicy, gdzie po raz pierwszy – zlana potem – próbowałam wbić się w chaos, panujący na jezdni, ale o wszelkich przejazdówkach czy innomiastowych drogach. Cisnąc po Kubie zaczynasz sobie zadawać pytanie, czy to przypadkiem nie kraj, w którym codziennie rozgrywają się jakieś mega ważne mecze baseballu i z tego tytułu cały kubański lud pochował się w domach. Nie. To nie baseball. To bieda. Posiadanie samochodu jest na Kubie wciąż synonimem luksusu.

Jakość dróg na Kubie.
Na drodze częściej spotkasz zwierzęta niż inne samochody. (patrz na ptaka, patrz na ptaka!)
Jazda autem po Kubie.
Albo ludzi na tych zwierzętach. 
Jakość dróg na Kubie.
W miastach nawierzchnia wygląda czasami w ten sposób.
Drogi na Kubie.
Ale bywa i tak. (patrz na butlę, patrz na butlę w dłoni!)

 

W internecie naczytasz się legend na temat skandalicznej jakości nawierzchni, ale uwierz człowiekowi (babie!), który przejechał całą wyspę – serio nie jest tak źle. Zwłaszcza z punktu widzenia Polaka, przyzwyczajonego do niespodzianek na drogach.

Jedna, bardzo istotna, rada.

Jeżeli planujesz przemieszczenie się z punktu A do punktu B i widzisz na mapie, że gładko prowadzi tam autostrada, która jednak wydłuża drogę o jakieś 130 km w stosunku do drogi poprowadzonej cieńszą nitką – zignoruj krótszą alternatywę. Wbijaj na autostradę. No chyba, że chcesz przeżyć historię mrożącą krew w żyłach. To wtedy śmiało, z chęcią o tym potem poczytam. A póki co to czytaj moje.


Przez Kubę „na skróty”

Przejeżdżałyśmy wtedy z Guardalavaca do Baracoa. Mogłyśmy zrobić to autostradą, ale wyszłyśmy z założenia, że skoro w internetach grubo przesadzają w temacie jakości kubańskich dróg to damy radę przejechać ten odcinek nitką podrzędną, zaoszczędzając przy tym niemało czasu.

Początkowo szło w miarę gładko, potem zaczęło być śmiesznie, bo wjechałyśmy na żwirową drogę, na której zwolnić musiałam do jakichś 30 km/h. Nikt nie przypuszczał wówczas, że takiej drogi życzyłybyśmy sobie po sam kres podróży. Wjechałyśmy na coś twardego (uwierz – na miano jakiejkolwiek drogi toto nie zasługiwało) i na maxa porytego. Mogłabym to przyrównać do pobytu w górach. Niedużych, i owszem, ale spróbuj „łazić” po nich samochodem. Technika jazdy opierała się na wybieraniu mniejszego zła (czytaj: mniejszej dziury). Samochód zwolnił do 5 km/h. Żyłyśmy nadzieją, że to-się-za-chwilę-skończy.

Zapadła noc, zapaliła się lampka kontrolna rezerwy paliwa. Zero ludzi wokół. Głucho. Ciemno. Dziurawo. W końcu na drodze pojawił się jakiś człowiek. Pokazałyśmy mu cel naszej podróży oraz pięknie święcącą rezerwę. Stanowczo kazał zawracać. Miałyśmy już wtedy za sobą dobre kilkadziesiąt kilometrów. W trudach i znojach. 6 godzin akrobacji Picanto. Zawracałbyś? Mięczak…

Czołgałyśmy się dalej. Stres o paliwo i podwozie maluszka, mieszał się z histerycznym śmiechem. Bardzo czułam, że jestem w totalnie czarnej dupie, ale jedyną reakcją był śmiech. Taki nie do zatrzymania, kumasz. Pokonywanie kolejnych przeszkód, tęskne wypatrywanie normalniejszej drogi bądź choćby jakiegoś człowieka, co uraczy litrem paliwa – wszystko to, składało się na emocje, jakich nie uświadczysz w najlepszej grze motoryzacyjnej ever. Plan był następujący: jedziemy tak długo aż Kia nam na to pozwoli. Potem staniemy po środku nie wiadomo czego, przedrzemiemy do świtu i ruszymy z buta poszukiwać pomocy. I chyba mam nawet żal do losu, że taki scenariusz nam się finalnie nie sprawdził (cóż by to była za przygoda!).

Do Baracoa dojechałyśmy na ostatnim pierdnięciu. Stacja benzynowa usytuowana była na samym wjeździe do miasta i – uwaga! – była całodobowa, co jest rzadkim zjawiskiem na Kubie. Nakarmiłyśmy malucha, zakupiłyśmy rum i uderzyłyśmy na plażę. Och, jakże ten rum nam wówczas smakował!

To co? Będziesz się trzymać wyłącznie autostrad?


#6. Przepisy drogowe

Na Kubie obowiązuje ruch prawostronny.

Sygnalizacja świetlna umieszczana jest za skrzyżowaniem.

Ograniczenie prędkości na terenie zabudowanym wynosi 50 km/h, na drogach gruntowych 60 km/h, asfaltowych 90 km/h a na autostradach 100 km/h. Chcesz spytać, czy ściśle tego przestrzegałam? A czy Ty zawsze przechodzisz na zielonym świetle?


Jakość dróg na Kubie.
Nieśmiertelne kubańskie symbole atakują nawet na pustych drogach. 

#7. Kontrole drogowe

Nam przydarzyły się dwie. Za pierwszym razem rutynowa. Policjant poprosił o dokumenty wozu i spytał, dokąd jedziemy, wskazując drogę, jaką winnyśmy podążać.

Za drugim razem było już trochę poważniej. Jedziemy sobie, przed nami furmanka. Kubańscy chłopi, konie, te sprawy. No każdy by wziął się za wyprzedzanie. Czynię tak zatem i ja. Kilka sekund po udanym manewrze, wyskakujący zza krzaka policjant, macha jakimś złamanym lizakiem. Prosi o dokumenty i tłumaczy, że wyprzedzałam na ciągłej. Ze zdumieniem spoglądam na drogę, potem na niego, potem znów na drogę. Po wnikliwym zlustrowaniu nawierzchni rzeczywiście dostrzegam fragment czegoś, co było kiedyś linią nieprzerywaną. Wymownie przecieram oczy, wskazując na ten antyczny, ledwie dostrzegalny malunek. Policjant z trudnością ukrywa zrozumienie tematu, oddaje dokumenty i każe uważać w dalszej podróży.

Autem przez Kubę.
Najczęstszy uczestnicy ruchu drogowego.

#8. Parkingi

Te strzeżone są na Kubie bardzo rzadkim zjawiskiem. Jeżeli takowych uświadczysz to tylko w większych miastach i jeszcze będziesz się ich musiał solidnie naszukać.

Niepisana procedura, związana z bezpiecznym zaparkowaniem auta wygląda następująco.

Dojeżdżasz do miejsca docelowego, znajdujesz noclegownię. Casa spełniająca oczekiwania, cena dogadana i generalnie wszystko gra. Przy okazji jednak Kubańczyk przestrzega przed złodziejami i proponuje całonocny dozór nad autem za symboliczną ilość CUC. Ochroniarzem jest zwykle mieszkaniec sąsiadującego budynku i, proszę mi wierzyć, serio siedzi całą noc przy otwartym oknie i patrzy na Twoje auto. Nie chciałyśmy na tym oszczędzać. Wizja ewentualnych kar za oderwane lusterka sama wyciągała odpowiednie banknoty z kieszeni. Zwłaszcza, że raz kiedyś, gdy nie było parkingowego w pakiecie, zastałyśmy naszego malucha z odchylonym kołpakiem. Nie wiem, co się stało, że się nie udało, ale incydent dał nam do myślenia w temacie.


#9. Noclegi w aucie

Spokojnie przechodzą. Nikt Ciebie nie przegania ani inne takie. Wprawdzie my częściej korzystałyśmy z kimania u Kubańczyków, ale kilka razy zdarzyło się zaoszczędzić trochę kasy, przytulając głowę do rozłożonego siedzenia bądź parkując przy dzikiej plaży, na której z harcerską pasją rozkładałyśmy śpiwory. Poza tym spanie na karaibskich plażach to obowiązek w tym kraju, więc.


#10. Myjnie samochodowe

Że co?

Nie widziałyśmy żadnej.

Jakoś w połowie przebytej trasy zaczęłyśmy zastanawiać się nad tym, gdzie umyć auto przed jego oddaniem. Niby nikt nam tego kazać nie robił, ale wrodzona kultura nie pozwalała postąpić inaczej. Oczywiście istniała uzasadniona obawa, że po wymyciu malucha widoczne staną się wszystkie wertepy, przez które godnie nas przeprowadzał, ale – zaprawione w bojach – gotowe byłyśmy z powrotem się w takowe zapuścić, celem pozacierania śladów. Pozostawało zatem poprosić jakiegoś lokalsa o wymycie wozu, w zamian za kilka pesos. Taki był plan. Ale jak to w podróżach bywa – stało się zupełnie inaczej.

wypożyczenie auta na Kubie.
Nasz brudasek kochany. Nasz niunia bialunia.

Jak umyć auto na Kubie?

Rzecz miała się w Camagüey, uroczym mieście, położonym w środkowo-wschodniej części kraju. Właścicielka casy odradziła nam zostawianie auta przed jej posesją. Wskazała przy tym dwie możliwości: albo odstawiamy auto na parking strzeżony albo pod pobliskim hotelem, gdzie Kia miała udawać samochód hotelowych gości. Kobieta szybko podjęła decyzję za nas – szkoda pieniędzy na jakieś parkingi.

Nazajutrz idziemy pod hotel i z trudem rozpoznajemy naszego malucha. Se stoi. Biały, świecący, z wiadrem brudnej wody u boku i z wycieraczkami postawionymi na sztorc. Tak, to był ten moment, w którym nie zważałam na ograniczenia prędkości. Pospiesznie odpaliłam silnik i łamiąc wszelkie przepisy, oddaliłam się z miejsca przestępstwa.


Przy zdawaniu samochodu nikt auta nie oglądał. Wzięli kluczyki, oddali wpłaconą kaucję i poczęstowali pina coladą.

Wypożyczalnie aut na Kubie


Przydało się? Znasz kogoś, komu może się przydać? Podaj mu ten tekst. Będzie mi bardzo miło 🙂
A kolejne odcinki kubańskiego (i nie tylko!) serialu zapowiadam TU. Zapraszam! 

6 thoughts on “Road trip po Kubie w 10 hasztagach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *