Podsumowanie roku 2019. Masz Babo Podróż.

Baba rozlicza się z 2019


2019. Się skończył się. I chce mi się napisać: „nareszcie!”. Wcale niekoniecznie dlatego, że był całkiem do dupy. Bo nie był. Ale za wcześnie mi pisać o tym, skąd takie a nie inne podejście. No nie. Żywię jednak nadzieję, że już za rok – podsumowując 2020 – będę mogła swobodnie napisać, z jakich przyczyn zgon 2019 cieszył mnie aż tak bardzo.


Generalnie nie przepadam za tego rodzaju publikacjami. Podsumowania roku, co się udało, co nie, i takie tam pierdy. Nie dostrzegałam dotychczas sensu popełniania tego rodzaju tekstów u siebie, tym bardziej średnio mnie one interesowały u innych. Abstrahując już od braku wewnętrznej potrzeby – co kogo może obchodzić moje osobiste podsumowanie roku? No, ale. Jako, że tylko krowa nie zmienia poglądów… 

Jednym z powodów (tak, jest ich więcej) mojego nagłego i długiego zamilknięcia na blogu był fakt, że za bardzo zaczęłam przejmować się tym, czego oczekuje ode mnie czytelnik i – co za tym idzie – za bardzo spinałam się, ażeby tym oczekiwaniom sprostać. Przepraszam Cię, Czytelniku, odtąd będę pisać tylko to, na co mam ochotę.

No okeeeej, postaram się również, żebyś wyciągnął z mojego napierdzielania w klawisze jakiś procent dla siebie, ale licząc na to czytaj lepiej między wierszami, bo BE YOURSELF! zaczyna mną rządzić jak jeszcze nigdy wcześniej!

No, ale do rzeczy. Lecimy z tym 2019!


NAJWIĘKSZA RADOŚĆ

Daga.

Przysięgam, że nikt i nic nie daje mi tyle radości, co ona. Przy niej wszystko jest prostsze, fajniejsze, bardziej kolorowe i wyjątkowe.
Bywały w tym 2019 chwile, kiedy było mi wybitnie źle (kto takich nie miał?). Ale to „źle” występowało tylko wówczas, gdy nie miałam Dagi w pobliżu. Wystarczył powrót do domu a tam czekający pysk w progu, skakanie, buziaki, ogonowo-machaniowa eksplozja i wszystko, co spieprzone, ulatywało w jasną cholerę. Momenty spędzane z Dagą to klasyczne:

DLA TAKICH CHWIL WARTO ŻYĆ

Zawsze.

Nawet wtedy, kiedy nic szczególnego się w moim życiu nie dzieje. Nawet wtedy, kiedy mam zgona. Słabszy dzień. Takie tylko leżenie pod kołdrą i tępe ogarnianie stories na instagramie. Nawet wtedy obecność Dagi, jej leżakowanie w tzw. nogach – sprawia, że jest mi po prostu dobrze.

Każdy spacer z tą suką (suczką, suczczunią, suczczuczunieńką!) to taka radocha i docenianie życia, że mogłabym nimi obdzielić przynajmniej połowę moich czytaczy (piszę to w chwili, kiedy nie osiągnęłam jeszcze spektakularnego blogerskiego sukcesu, także naprawdę-wiem-o-czym-piszę, ha!).

Tiaaaa…, Daga jest moim najjaśniejszym ze świateł. Moim sensem. Najlepszym przyjacielem. Radością.

Bezkonkurencyjna od lat.


<3

NAJWIĘKSZY SMUTEK

23. listopada 2019r.

Śmierć Romualda Koperskiego. Każdy, dla kogo Koperski to tylko człowiek, posiadający nazwisko z najbardziej popularną polską końcówką i nic więcej na temat człowieka nie umie powiedzieć, może zajrzeć tutaj.

Koperski był moim sąsiadem. Psiarzem. Człowiekiem, który miał cholernie podobne myślenie do mojego. Był trochę starszy, więc to ja byłam jego klonem, ale nieważne, czy pierwsza była kura czy jajo. Ważne, że nasza relacja była naprawdę szczególna. Lubiliśmy spędzać ze sobą czas, gadać, wymieniać się spostrzeżeniami. Czasami się kłócąc, czasem wznosząc toast za wspólne konkluzje. Albo dlatego, że jest po prostu beznadziejnie. Beznadziejnie, bo przyszło nam żyć w świecie, do którego zwyczajnie nie pasujemy. Bo ludzie to kurwy.

Beczałam po Romku dobre 2 tygodnie. No ale tak beczałam, że nie byłam w stanie zapanować nad tym nawet w miejscach publicznych. Nie chcę więcej doświadczać utraty bliskiej osoby. Powiedzmy, że będę se wkręcać, iż umrę przed wszystkimi.


Romuald Koperski i Daga.


NAJLEPSZY ZAKUP

Kalosze.

Łoooooobooooszzzzeeee, jakie to są cudowne kalosze!!

Żeby nie było: miewałam już w swoim życiu gumiaki. Może nie te z najwyższej półki (jakoś zawsze było mi bardziej po drodze wydać hajs na podróże niż na hunterki ), ale jednak. Żadne z nich nie zrobiły jednak takiego wypasu jak te pierwotne, mosiężne, rybackie –> mejd-baj-obi.

Kupiłam je na szybciora, przed wyjazdem w Puszczę Białowieską. Chciałam podglądać tam żubry z ukrycia a że pisali, iż wówczas trzeba się liczyć z koniecznością koczowania w terenach podmokłych, to kalosze wskazane. Pomyślałam sobie: „jakaś tam” puszcza, jadę zaszyć się w dziczy, znów nie ten moment na inwestycje w huntery. No to lecę do Obi. A tam strzał w dziesiątkę!

Kalosze spełniły swoje zadanie nie tylko na podlaskim wywczasie. Okazały się być niezastąpione podczas tułaczek po lesie, na plaży, w deszczu, w słońcu, no-normalnie-wszędzie-i-w-każdych-okolicznościach-przyrody! No w życiu nie miałam tak wygodnego obuwia jak te pieprzone kalosze!

I czasem mi niby głupio, jak wsiadam se do tramwaju w obuwiu, które ściąga wszystkie spojrzenia, ale że BE YOURSELF! to postanawiam mieć tych lukaczy w dupie i koncentruję się na kaloszowej rozkoszy.


Kalosze we Włoszech.

NAJWIĘKSZE NIESPEŁNIONE MARZENIE

Zimowy kurs górski.

Ano bo ja wciąż mam zamiar zdobywać Koronę Europy, jakby kto jeszcze nie wiedział. KE, której jakby nie da się zrobić, nie będąc do niej odpowiednio przygotowanym. To znaczy są pewnie tacy, którym się to udało, ale że nie wiem, ilu wyszło z tego cało to raczej ryzykować nie będę.

Plany były ambitne – zimowy kurs wspinaczki, kurs lawinowy, te sprawy… Lecz cóż. Hajs, Przyjacielu. Hajs ma dość spore znaczenie w życiu.

Nie wyrobiłam finansowo w tym roku, ale… czy mnie to jakoś szczególnie martwi? No nie. Bo niespełnione marzenia nadają sens egzystencji. Będzie do czego dążyć, będzie po co żyć!


NAJLEPSZY WYJAZD

No wreszcie. Wreszcie coś tematycznie, podróżniczo, przykładnie.

I tutaj mam mały dylemat. Nie to, że nigdzie w 2019 nie byłam. Otóż byłam. I to całkiem sporo razy jak na kogoś, kto właśnie udupił się 30-letnim kredytem.

Tyle, że ciężko mi dokonać jednoznacznego wskazania. Pozwól więc, Czytelniku, że wybór będzie ex aequo: Puszcza Białowieska i Rumunia.

Do Puszczy chciałam już od dłuższego czasu. Jawiła się w charakterze świętego spokoju i taka też okazała się być w realu. To był świetny czas. Spacery z Dagą (to przede wszystkim – wiadomo), odkrywanie nowych ścieżek i szlaków, gubienie się w lesie (uwielbiam!), eksploracja terenu, który żyje se własnym życiem i którego jest tak pięknie dużo, że po prostu musimy tam wrócić.


puszcza-bialowieska
Tiaaaa, w wolnych chwilach testowałam różne kolory farb na włosach. 

No i Rumunia. Rumunia, po której spodziewałam się właściwie niczego. Nie zastanawiałam się nad tym, chciałam jedynie zdobyć najwyższy szczyt tego kraju (Moldoveanu, 2544 m n.p.m.). Fakt, że się to  udało, był tylko wisienką na torcie. Bo, nieoczekiwanie, wszystko, co działo się przy okazji, było po prostu przefantastyczne. Cudowni ludzie, piękny krajobraz, moje ukochane: czas-zatrzymał-się-w-miejscu. Rumunia to chyba pierwszy po Indiach kraj, wobec którego poczułam, że warto byłoby wrócić.


Moldoveanu-rumunia
W drodze na Moldoveanu.

MIEJSCE, KTÓRE NAJBARDZIEJ ZAPARŁO DECH W PIERSIACH

Florencja. 

Włoska Florencja i Katedra Santa Maria del Fiore jako szczyt wszystkich florenckich uniesień.  I wybrałam tak ja – baba, która w dupie ma wszelkie (no prawie) zabytkowe historie. W dupie kościoły, muzea, generalnie miasta. Baba, która wolałaby umieścić tu opis jakiejś górskiej doliny. Albo pejzażu z leśnego punktu widokowego. A jednak nie. Duomo (katedra) robi taką robotę, że przyćmiewa wszystko inne, na co się napatrzyłam w tym roku.

Cała Florencja wyrywa z butów tak, że nie idzie tego ogarnąć. Weź Ty tam jedź, Człowieku!


florencja-katedra-duomo
Duomo. Magnificient!

NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE

Ludzie.

Zawsze wydawało mi się, że – co jak co – ale ludzie, którzy odstają od reszty są tymi, którzy dźwigają w sobie większą wrażliwość. Którym jest przez to ciężej. Zwłaszcza w tym kraju. Sądziłam, że ci „odmieńcy” to gatunek, z którym się mogę dogadać. Bardziej niż z tymi, którzy lecą w życiu szablonem. Moim największym ubiegłorocznym rozczarowaniem było odkrycie, że tak to jednak nie funkcjonuje.

Że ilość tatuaży, kolczyków czy czerwone włosy – nie czynią człowieka takim, jakiego go pierwotnie widziałam. Ilość odbytych podróży nie czyni z człowieka kogoś o otwartym umyśle. Fakt posiadania psa nie stanowi o dobrym sercu człowieka. Że nieistotne, do jakiej ktoś grupy społecznej należy. Ilość podłości, zawiści i zła jest taka sama. Wszędzie.


NAJULUBIEŃSZE MIEJSCE

Las. Las. I jeszcze raz las.

Zawsze lubiłam, ale odkąd przeprowadziłam się w miejsce, z którego mogę wejść se do lasu w kapciach – oszalałam na jego punkcie doszczętnie.

Tu odnajduję spokój. Poczucie, że nic, co niefajne, mnie w nim nie dotyczy. Las kocham za to, że rzadko kiedy spotykam w nim ludzi. Za to, że można w nim nieskończenie wędrować. Za tlen. W każdym tego słowa znaczeniu.


Las gdyński. Trójmiejski Park Krajobrazowy.


NAJWIĘKSZA NAUKA

Doceń.

Odkąd mam chatę na kredyt stać mnie ewidentnie na mniej. Jednocześnie stać mnie na więcej niż myślałam, że będzie mnie stać, jak już ten kredyt zaciągnę. I teraz lecę ze złotymi myślami Baby:

Gdy człowiek nie ma na tyle dużo, żeby średnio raz na dwa miechy wciskać dupska w samolot, ale jednak wystarcza mu na to, żeby uskuteczniać wakacje ze trzy razy w roku – to już ma na tyle dużo, że… łooooboooszzze, jak taki człowiek ma dużo!

A jeszcze więcej ma ten, który do takich wakacji dowali ogarnianie okolic. Takie mini wycieczki, you know. I wcale nie mam zamiaru przytaczać tu haseł w stylu: najpiękniejsze jest to, co jest tuż za rogiem, bo to ani nie zawsze się sprawdza ani się z tym do końca nie utożsamiam, ale bezsprzeczną prawdą jest fakt, że często zapierdzielamy uj wie gdzie, bo wkręcamy sobie, że tylko tam nam się uda wypocząć.

Ja już tak nie mam. Ja już się nauczyłam, że szczęście leży gdzieś indziej.


Chcesz śledzić babskie podróże? Chodź TUTAJ.   


 

2 thoughts on “Baba rozlicza się z 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *